Gwiazd naszych wina, John Green

Jestem facetem i przeczytałem Gwiazd naszych wina Johna Greena. Co teraz?

Powinienem spuścić wzrok, uwydatnić drugi podbródek, a potem wydać z siebie taki oto basowy pomruk: „odczucia mam ambiwalentne„. Mógłbym też wybrać mniejszy kaliber i powiedzieć: „generalnie było OK”. Gdybym chciał podbudować się jako macho, mógłbym też skrzyżować ręce na piersi tak, by napompować lekko bicepsy, a potem rzec tak: „bzdura dla nastolatek„.

Ale oczywiście tak nie powiem.

Gwiazd Naszych Wina-okl.wst-500Na tym etapie wiadomo już, że książka mi się podobała, więc nie będę dłużej utrzymywać sztucznego napięcia. Dodam do tego jeszcze jedną informację: oglądam Johna Greena od czasów Brotherhood 2.0, kiedy to ze swoim bratem (Hankiem) postanowili przez rok komunikować się wyłącznie za pomocą YouTube’a (marzenie wielu braci). W pewnym momencie dowiedziałem się, że John pisze książki dla młodzieży, ale było mi do nich raczej niespieszno. I dopiero trailer ekranizacji Gwiazd sprawił, że zmieniłem zdanie.

Wypada przed lekturą dowiedzieć się coś na temat autora. Nie za dużo, bo to tylko przeszkadza w czytaniu, ale coś niecoś. Czytelnikowi Gwiazd powinna wystarczyć informacja, że John Green to Znawca amerykańskiej literatury przez duże „Z”. Wiedzę w tym zakresie ma ogromną, a co ważniejsze, potrafi ją przekazać w przystępny sposób, kondensując wszystkie istotne informacje do kilkunastominutowego przekazu na YouTubie.

Dzięki temu, Green zna doskonale Salingera i innych, którzy pisali o dojrzewaniu/starzeniu się. Ma to pewien wpływ na jego prozę, zresztą Bukowy Las reklamował inną jego powieść, Szukając Alaski, jako Buszującego w zbożu XXI wieku. To oczywiście nie ten kaliber, inna grupa odbiorców, ale coś w tym jest. Analizując to, jak Green…

Sam sobie przerwę w tym momencie. Mieliśmy mówić o Gwiazd naszych wina. Zacznijmy więc od okładki – zdecydowanie bardziej podoba mi się projekt graficzny przygotowany przez Bukowy Las. Wcześniejsze wydanie było subtelne, ale jednocześnie wymowne. Oprawa filmowa niespecjalnie mi się podoba – jest typowo nastolatkowa, więc wzięcie tej książki do ręki przez starszych czytelników wymaga trochę dobrej woli.

I po przewróceniu kilku pierwszych stron ten kredyt dobrej woli jest na wyczerpaniu. Zaczyna się od nieco pompatycznej informacji od autora – którą potraktujemy znacznie mniej pompatycznie, jeśli oglądaliśmy chociaż jeden filmik z jego udziałem. Szczerze powiedziawszy, przydałaby się tam w pewnym miejscu emotikona. Taka potrzeba nie świadczy najlepiej o autorze, ale szczęśliwie jest to pierwszy i ostatni zgrzyt. Zresztą, jeśli obejrzymy, jak John czytał na żywo pierwszy maszynopis Gwiazd naszych wina, przekonamy się, że trzeba traktować jego uwagi z dosłownym przymrużeniem oka.

Gwiazd naszych wina-FILMOWA-okl-wst-500Zagłębiając się w lekturę poznajemy świat widziany oczami Hazel Grace – świat, który znacznie różni się od naszego. I to zasadniczo stanowi największą zaletę tej książki. Każdy z nas lubi od czasu do czasu przenieść się do innego świata – czy to tego wykreowanego przez Sapkowskiego, Martina, Kinga, George’a Lucasa, czy innych. W tym przypadku co do zasady jest tak samo. Różnica tkwi tylko w tym, że świat Hazel Grace jest naszpikowany bólem i próbami zrozumienia tego, co dzieje się wokół. Postawmy przy tym sprawę jasno – nie ma tam banalnych rozważań, jakie lubią snuć fikcyjne bohaterki w powieściach dla nastolatek. Stąd istnieje duże prawdopodobieństwo, że książka trafi także do starszych czytelników.

O śmierci niewątpliwie trzeba umieć pisać. Tak, by nie zrazić czytelnika, by nie przytłoczyć go ciężarem umierania i tak, by nie czuł się emocjonalnie zgnieciony. Od czasu do czasu ten ostatni element może wystąpić – tak, jak w tej powieści – ale przeciętny czytelnik nie przełknie nadmiaru śmierci (wyjątkiem jesteśmy my wszyscy, którzy namiętnie czytamy Pieśń Lodu i Ognia). John Green z pewnością potrafi opowiadać o umieraniu. Robi to w sposób delikatny, ale jednocześnie nie zakłamany – pokazuje dystans, wprowadza sporo humoru i sprawia, że jego bohaterowie jawią się jako prawdziwi ludzie. Pomogły w tym z pewnością rozmowy, jakie John przeprowadził z osobami znającymi się na rzeczy – i przypuszczam, że nie było to łatwe.

Reasumując, Gwiazd naszych wina to powieść nie tylko dla młodego pokolenia. Wręcz przeciwnie, jestem przekonany, że spodoba się wielu czytelnikom, którzy większą część życia mają już za sobą. Nie w sposób, jaki podoba się nastolatkom – ale spodoba się. Pojawią się też oczywiście głosy, że książka nie dotyka istoty problemu, nie zgłębia całego spektrum cierpienia, et cetera. Wypada się tylko pod tym podpisać. Z radością i poczuciem ulgi, że John Green jest pisarzem, który potrafi odpowiednio dobrać proporcje w wybuchowej mieszance, która wypełnia obecny na kartach powieści granat.

JJ

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!