Biała księżniczka, Philippa Gregory

Piąta odsłona bestsellerowego cyklu spod pióra Philippy Gregory – cyklu, o którym można powiedzieć wiele, ale trudno zaprzeczyć, że ponownie zdefiniował to, co rozumiemy pod pojęciem powieści historycznej dla kobiet. Ale czy tylko dla kobiet? I czy poszczególne części tego cyklu można czytać jako samodzielne powieści? A w końcu, czy warto? Na te pytania zaraz sobie odpowiemy.

e791ab626e6785062374d45b25cc6e7f_XLZacznijmy od pierwszego. Każda odsłona Wojny Kuzynów opowiada historię z punktu widzenia jednej z kobiet, które podczas Wojny Dwóch Róż odcisnęły piętno na historii. W tym przypadku jest to Elżbieta York, córka Edwarda IV i Elżbiety Woodville (której opowieść poznaliśmy w Białej królowej). Pod tym względem rzeczywiście jest to powieść dla kobiet – i o kobietach. Każda odsłona ma mocną główną bohaterkę – mocną zarówno pod względem charakteru, jak i konstrukcji, o którą postarała się Philippa Gregory. Wyróżnia się ze wszystkich postaci, choć jest to w dużej mierze zasługa ich samych – nie stanowią wyrazistych indywiduów, jak w poprzednich częściach cyklu. Tutaj pierwsze skrzypce męskie gra Henryk VII, który nie zapisał się złotymi zgłoskami w historii – nie prowadził wojen, nie dokonał niczego wielkiego, nie miał też dziwnych zwyczajów, które sprawiłyby, że jego postać stanie się zapamiętana przez przyszłe pokolenia. A mimo to autorce udało się sprawić, że śledzimy jego poczynania z ciekawością – z pewnością jest więc miejsce dla mężczyzn, by zidentyfikować się choć z jednym bohaterem. Dodatkowo miłośnicy historii docenią research, jaki wykonała Philippa Gregory, by oddać ducha czasów i historyczne realia – ale pamiętajmy, że to tylko dodatek. Głównym atutem jest wszak sama fabuła.

A przedstawia się ona następująco:

Elżbieta York, żona pierwszego Tudora na tronie Anglii i matka Henryka VIII

Pretendent do angielskiej korony zwołuje armię, podważając legalność dynastii Tudorów. Ale czy rzeczywiście jest jednym z zaginionych książąt z Tower, czy też zwykłym oszustem — wrogiem Henryka Tudora i jego żony, księżniczki Yorku? Kiedy Henryk VII Tudor zdobywa koronę Anglii w bitwie pod Bosworth, wie, że aby zjednoczyć królestwo targane wojną domową, przyjdzie mu poślubić księżniczkę z wrogiej dynastii — Elżbietę York. Ona jednak nadal kocha poległego króla, Ryszarda III, a jej krewni wciąż marzą o odnalezieniu zaginionego następcy tronu z rodu Yorków i powrocie do władzy. Po ślubie z Henrykiem Elżbieta staje przed decyzją, która wpłynie na losy kraju. Musi wybrać między Tudorami a Yorkami, między własnym mężem a chłopcem utrzymującym, że jest jej bratem — powracającą do domu „różą Anglii”.

Jak można się domyślić, prym w powieści wiedzie wątek miłosny – a więc uczucia, jakie Elżbieta żywi wobec Ryszarda III. Prowadzi to do nieustannych konfliktów między nią a mężem – i trzeba pamiętać, że przenosimy się do XV wieku, a więc czasów, gdy angielskie społeczeństwo jest jeszcze patriarchalne. Kobieta ma tyle swobody, ile jest absolutnie konieczne, by prowadziła godny żywot. I wciąż znajduje się pod czujnym okiem męża. I właśnie to stanowi motor napędowy tej powieści – i być może wszystkich innych w tej serii.

Ale przejdźmy do drugiego pytania – czy Białą księżniczkę można czytać jako odrębną, samodzielną powieść? Odpowiedź nie może być prostsza – być może nawet należy tak do niej podchodzić. Oczywiście dodatkowego smaczku lekturze dodaje znajomość matki Elżbiety, oraz tego, co wydarzyło się wcześniej, ale w żadnej mierze nie rzutuje to negatywnie na odbiór tej książki. Gotowa jestem zaryzykować nawet stwierdzenie, że większą przyjemność z poznawania losów Elżbiety będą mieć ci, którzy po raz pierwszy spotkali się z Philippą Gregory. Dlaczego? Ponieważ wcześniejsze książki zawiesiły poprzeczkę niezwykle wysoko. Ot i cała tajemnica.

Ostatnie pytanie – czy warto? Dla wielbicielek (lub wielbicieli) historii to pytanie jest bezzasadne. Każdy, kto ceni sobie ten gatunek literatury, zna dobrze nazwisko autorki. Jest ona historyczką, którą znamy za sprawą nie tylko Wojny Kuzynów, ale także XVIII-wiecznego cyklu Saga rodu Laceyów. Philippa Gregory wie, co robi, biorąc na warsztat czasy minione. I z czystym sumieniem można przyznać, że obok Diany Gabaldon, Sary MacLean czy Kiery Cass, jest mistrzynią w swoim fachu. Na koniec zaryzykuję też stwierdzeniem, że nikt nie dba o szczegóły historyczne, jak Philippa Gregory.

A gdyby to was nie przekonało, rzućcie okiem na fragment powieści: [tutaj].

Żaneta Madej

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!