Zimowa opowieść – uczta słowa nie tylko dla koneserów

Prawie 700 stron. Dorota Wellman przeczytała i zgłupiała. Sapkowski umieścił na liście najważniejszych powieści z tego gatunku. Autorem absolwent zarówno Harvardu, Oksfordu, Uniwersytetu Princeton jak i Uniwersytetu Columbia…

Zasiadając do takiej lektury, ma się oczekiwania.

Cokolwiek by nie mówić, balonik napompował się sam, zanim jeszcze przejrzałam kartę redakcyjną (zboczenie zawodowe). Dołożyła się do tego okładka, wykonana przez Aleksandrę Szmak. Normą na polskim rynku wydawniczym jest to, że sięga się do jednej bazy danych, wyciąga z niej obrazek lub dwa – i voilà, okładka gotowa. Nie żeby było to coś a priori przekreślającego walory artystyczne, ale z efektami bywa różnie. W przypadku Zimowej opowieści mamy do czynienia z majstersztykiem w tym gatunku – graficzka sięgnęła do dwóch baz danych (przypuszczalnie, przekopała je dość dogłębnie) i stworzyła oprawę graficzną, która powala na kolana. Nie obchodzi mnie, co mówi się o klejeniu gotowych obrazków – w wykonani Pani Szmak to jest po prostu artyzm.

Tak nastrojona, zasiadłam do uczty. Pierwsze, co trzeba sobie uświadomić przed lekturą tej książki, to to, czy jest się w stanie przełknąć początek opowieści przedstawiany z punktu widzenia… konia. I to bynajmniej nie zwykłego konia. Jeśli nie, nie ma sensu sięgać po prozę Helprina. Jeśli interesuje nas bardziej urban niż fantasy, powinniśmy zainteresować się inną pozycją, bo nie przejedziemy przez te niemal siedemset stron. Przy czym pamiętajmy, że ominie nas nielicha przygoda.

okladka_HELPRINZimowa opowieść jest klasykiem literatury amerykańskiej, przez lata mówiono o niej wiele, i zapewne w Polsce będzie wywoływać równie skrajne reakcje. Wydaje mi się jednak, że jednego nie można odmówić Helprinowi – smaku słów. Sposób, w jaki opowiada, pozwala nam zakosztować nut pobrzmiewających w słowach. Delektujemy się tym, w jaki sposób opisuje zimne światła ulicznych latarni, smakujemy scenę, jak koń pędzi po jego Nowym Jorku. Bo jest to jego Nowy Jork, nie ma co do tego wątpliwości. Mamy tutaj do czynienia z obrazem fantasy, opartym jednak o historyczne realia początku dwudziestego wieku.

Podczas lektury nie uświadczymy wiele akcji, czy jej zwrotów… fabuła zresztą nie jest tak istotna jak to, że rozsmakowujemy się w uczcie Helprina. W żadnym wypadku nie chodzi jednak o wysublimowane konstrukcje, przy których będziemy musieli intelektualnie się napocić – co to, to nie. Pisarz potrafi zaserwować nam głównie danie na każdej stronie za pomocą krótkiego zdania, czasem nawet jednego słowa! To, w jakim kontekście się pojawia, jak wpasowuje się w resztę, jak sprawnie tworzy całość – to jest właśnie siła tej książki. Wyobrażam sobie, że tłumaczenie musiało być prawdziwym wyzwaniem. I wydaje mi się, że tłumacze (owszem, jest ich dwójka) stanęli na wysokości zadania. Nie czytałam oryginału, pobieżnie go przeglądałam, więc możliwe, że to odczucie subiektywne. Częstokroć jednak tłumaczenie samo strzela sobie w stopę, widać, że nie ma w nim tego tembru, który być powinien… w przypadku Zimowej opowieści nie musimy się tego obawiać.

Czy jest jedno słowo, którym można określić tę książkę i nie wyrządzić jej krzywdy? Wydaje mi się, że tak.

Liryczna.

Ta powieść jest po prostu liryczna. Nie jest łatwą lekturą, jeśli poszukuje się lekkiej rozrywki – z pewnością jednak warto zaryzykować, jeśli nigdy nie mieliśmy do czynienia z tego typu literaturą. Helprin nie powinien odstraszyć, a wręcz przeciwnie, wprowadzi nas umiejętnie w meandry zabawy słowem. Autor nie pisze do wąskiego grona wymagających czytelników, wręcz przeciwnie – status bestsellera w USA dobitnie tego dowodzi. Pozwólmy więc Helprinowi sprawić, byśmy zakosztowali liryczności w jego wydaniu. Dajmy się wciągnąć w magiczno-historyczny świat, okażmy kredyt zaufania na pierwsze kilkadziesiąt… nawet kilkaset stron, a nie będziemy żałować podróży, w którą się udamy.

Ja z pewnością nie żałuję. I zamierzam kiedyś ją powtórzyć, bo po lekturze okazuje się, że te niemal 700 stron to stanowczo za mało.

Żaneta Madej

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!
  • http://wielkibuk.com/ Wielki Buk

    Jak dla mnie „Zimowa opowieść” to wielki, potężny i bardzo intensywny miłosny pean na cześć żyjącego własnym życiem organizmu, jakim jest miasto. A przede wszystkim ta idea miasta sprawiedliwego, idealnego, do którego dopasowują się mieszkańcy, a nie które tworzą sami.

    O ile podziwiam koncepcję, fabularny pomysł, to sama fabuła (a szczególnie jej naiwne zakończenie i zawołanie w kierunku miłości)jakoś nie porwała mnie specjalnie. Niemniej „Zimowa opowieść” to faktycznie historia, którą warto poznać. Niełatwa, miejscami przytłaczająca tą „lirycznością” (częste powtórzenia zachwytów nad miastem i porównywanie go do żywych istot), ale ma coś w sobie :)

  • http://kotnakrecacz.blogspot.com Kronika Kota Nakręcacza

    Faktycznie zakończenie jest naiwne, al,e nie zaburza obrazu całości, która moim zdaniem jest arcydziełem (językowym, fabularnym, graficznym – każdym!)

    http://kotnakrecacz.blogspot.com/2014/03/o-zimowej-opowiesci-m-helrpina-i-o-tym.html