Krzycz Trybson albo Śpiewaj ogrody, a co pośrodku? O polskim rynku słów kilka

Trybson jeszcze nie wydał książki. Piszę „jeszcze”, bo wydaje mi się, że prędzej czy później zobaczymy zwały jego mięśni na półce w empiku.

fPatrząc na to, co dzieje się na polskich listach bestsellerów, można się tego spodziewać.  E. L. James w tamtym roku sprzedała u nas 744 tysiące egzemplarzy swoich powieści – jest absolutnym liderem na rynku, a najgorsze jest to, że nie jest to żadną niespodzianką. Dla każdego z nas jest to zupełnie zrozumiałe, czekaliśmy na tę informację (którą podała „Gazeta Wyborcza” kilka dni temu). Ale zostawmy zagraniczne pozycje, przyjrzymy się rodzimym autorkom i autorom…

Prowadzi Sapkowski, zdecydowanie i bez pardonu wyprzeda resztę. Udało mu się uzbierać 214 tysięcy czytelników. Brawa dla mistrza polskiej fantastyki. Niestety, w tym przypadku bestseller ma w sobie „best” tylko, jeśli chodzi o sprzedaż. Sezon burz niespecjalnie porywa, chyba, że mówimy o samym kunszcie literackim. Ale wydaje mi się, że taka pozycja powinna też dawać czytelnikowi solidną porcję rozrywki. Tak czy siak, sprzedaż nakręciła się nazwiskiem, nie ma nad czym snuć rozważań. I dobrze, tak powinno być. Skoro już autor wypracował sobie pozycję mistrza gatunku, jego książki powinny się rozchodzić w takim nakładzie.

A jak wygląda sytuacja z resztą? Katarzyna Grochola, Houston, mamy problem.
Tak…
Rzeczywiście mamy problem, jeśli takie książki rozchodzą się w nakładzie 135 tysięcy egzemplarzy.

Ale póki co, to tylko zapowiedź nadchodzących problemów. Grocholę jestem w stanie przełknąć, naprawdę. Wprawdzie przy Sapkowskim nie broni się specjalnie przekonująco pod względem literackim, ale niech będzie.

Miejsce kolejne, Agnieszka Chylińska, Zezia, Giler i Oczak. 100 tysięcy egzemplarzy. Teraz już jest źle, jeszcze nie krzyczymy Trybson, ale zaraz będziemy. O ile w przypadku Sapkowskiego nazwisko powinno być dźwignią książki, o tyle przy Pani Chylińskiej… niechby wydała pod pseudonimem. Ciekawe, czy ktoś by wziął do druku. Nie zrozumcie mnie źle, lubię Chylińską. Kiedyś zasłuchiwałam się w Modlishce. Ale niech śpiewa i prowadzi audycje w radiu.

Docieramy do kolejnego zgrzytu. 85 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Anna Ficner-Ogonowska ze swoją Zgodą na szczęście… nakładem Wydawnictwa Znak. Znak, który jest marką samą w sobie. Redaktor naczelny zawsze podkreśla, że zależy im na tym, by czytelnik widząc Znak, wiedział, że kupuje coś, co stoi na wysokim poziomie.

Jezus Maria.

Gdyby dodać do tego Alibi na szczęście tej samej autorki, mamy 155 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Wiem, że niektórzy z Was na pewno nie mieli okazji czytać tych książek. Pomogę wam więc podjąć decyzję, czy chcecie to zrobić.

„W miłości trzeba się napracować. Ona przychodzi do nas sama. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Ale to wszystko, co dla nas robi. Później musimy zajmować się nią sami. Kiedy jest za gorąco, schładzać, żeby się nic nie spaliło. Jak jest za zimno, podgrzewać, żeby coś nie zamarzło. Jak coś się dzieje zbyt wolno, to przyśpieszać, a jak coś goni, tak że tracimy nad tym kontrolę, to zwalniać, bo w pędzie łatwo…”

Anna Ficner-Ogonowska, Zgoda na szczęście

Jest źle? Spokojnie, to jeszcze nie koniec. Ale do niego dojdziemy szybko, wypunktuję tylko kolejne pozycje.

Pan Pierdziołka spadł ze stołka, 84 tys. - rymowanki, obrazki i chwytliwy tytuł ze znanej wyliczanki. Do tego cena 12-14zł i mamy bestseller (Nowe fikołki pana Pierdziołki rozeszły się w nakładzie 46 tys.)

- Zygmunt Miłoszewski, Bezcenny, 80 tys. – Alleluja! Fajnie, że mamy w tym zestawieniu thriller. To one nakręcają sprzedaż książek na zachodzie. Szkoda, że ten jest słaby fabularnie, a mocny literacko. Jak chcę zakosztować zabawy ze słowem, sięgam po Schulza. Tu oczekiwałam, że zostanę wciśnięta w fotel. Koniec końców jednak ta pozycja to światełko w tunelu. Oby więcej.

- Artur Andrus, Maria Czubaszek, Wojciech Karolak, Boks na ptaku79 tys. - Naprawdę nie wiem, jak to skomentować. Jesteśmy w radiu, telewizji, na deskach teatru, czy na stronach książki? Wprawdzie lubię autorkę i autorów, szczególnie Pana Andrusa (jego nawet uwielbiam), ale na Boga, niech Pan zostanie przy tym, co robi Pan najlepiej.

- Witold Gombrowicz, Kronos, 60 tys. – Gombro ratuje sytuacje. Mój rycerz w lśniącej zbroi. Więcej nie trzeba mówić.

- Danuta Stenka, Łukasz Maciejewski, Flirtując z życiem, 50 tys.

- Katarzyna Grochola Trochę większy poniedziałek, 50 tys.

- Paulina Młynarska, Dorota Wellman Kalendarzyk niemałżeński – prawie 50 tys.

- Maciej Stuhr W krzywym zwierciadle35 tys.

Cztery ostatnie pozycje skomentuję zbiorczo – krzycz Trybson. I nie chodzi tutaj o to, czy autorki lub autorzy mają cokolwiek wspólnego z bohaterem „Warsaw Shore”, bo jest wręcz przeciwnie. Chodzi o to, że dźwignia handlu jest w ich przypadku taka sama. Wszystkie te 4 pozycje to literatura faktu, tak gwoli ścisłości. I teraz proszę mi powiedzieć, dlaczego Pan Stuhr, Pani Grochola, Pani Wellman, czy Pani Stenka, piszą tego typu książki? Co chcą przekazać, komu i dlaczego? Czy to jest w ogóle literatura faktu?

Gdzie są jakieś reportaże? Gdzie jest następca Kapuścińskiego, albo ktoś choćby aspirujący do takiej roli? Na Boga, co my w ogóle wydajemy? Wiem, że większość z tych pytań jest retoryczna. Dlatego nie będę na nie stawiać odpowiedzi, każdy może zrobić to sam.

Ton felietonu nie jest przesadnie optymistyczny, ale wiem, że trzeba spojrzeć na sprawę całościowo. Spójrzmy więc – książek sprzedaje się dużo, i to jest najważniejsze. Jestem gotowa przełknąć E. L. James i Ficner-Ogonowską, jeśli alternatywą dla tego typu rozrywki jest kwitnięcie przed telewizorem. Wtedy tak, Bogu niech będą dzięki nawet za takie pozycje. Poza tym, są różne gusta. O tym też trzeba pamiętać.

Ale co czeka nas w przyszłości? Krzycz Trybson albo Śpiewaj ogrody. Wydaje mi się, że stoimy przed takim dualizmem rynku wydawniczego. Albo wydajemy gnioty, opatrzone sławnymi nazwiskami, albo idziemy w drugą ze skrajności i wypuszczamy książki adresowane do wąskiego grona czytelników wymagających.

A co z resztą? Gdzie są pozycje zbliżone gatunkowo do Kinga? Larssona? Zafóna? Do Dana Browna (sic!) chociażby? Gdzie są pozycje, którymi moglibyśmy pochwalić się na świecie? Gdzie jest rozrywka, która wgniecie mnie w fotel? Pan pierdziołka spadł ze stołka, OK, w porządku. Ja też bym chciała.

Żaneta Madej

Chcesz podjąć polemikę z autorką? Zostaw komentarz, lub napisz własny felieton i prześlij go na redakcja@booknews.pl. Zapewnimy profesjonalną redakcję tekstu, a następnie opublikujemy go na łamach serwisu.

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!
  • http://wielkibuk.com/ Wielki Buk

    Świetny tekst! Ostatnio, przy okazji dyskusji wywołanej tekstem „Alice Munro nie miałaby w Polsce szans” trafiłam na artykuł „Na czytelniczym dnie” i tam jest właśnie odpowiedź na Twoje ostatnie pytanie, czyli „A co z resztą?”. No własnie reszty nie ma, bo jak stwierdza tekst – w Polsce lekceważy się literaturę popularną, tą na dobrym poziomie. Czyli już nie pop/pseudo-literaturę jak Grochola, czy nasza Ogonowska, ale dosłownie literaturę popularną na godnym, ambitnym poziomie (Brown, Nesbo, King, Zafon, Munro (!), Oates (!) itd.). U nas nie pozwala się na zróżnicowanie: jest albo dno, albo teksty ambitne, które z założenia nie mają trafiać do wszystkich, a wyłącznie do wybranych. Szkoda, bo rynek polskiej książki na tym bardzo traci. Czytelnik spragniony porządnie napisanej powieści/opowiadań rozrywkowych po prostu musi sięgać po prozę zagraniczną. Nie ma innej opcji (tutaj wykluczam nasze fantasy, które jest na mega godnym poziomie, ale wiadomo – nie każdy musi chcieć sięgać akurat po ten gatunek).

  • tys

    bardzo fajny tekst. z jednej strony to całkiem pocieszające, że ludzie w ogóle czytają, ale z drugiej… te tytuły to dno i naprawdę ręce opadają, kiedy się widzi, w jakich nakładach są sprzedawane.

  • Marta

    i to jest niestety prawda.. jak idę do empiku poszukać jakiejś dobrej książki to na samym wejściu atakują mnie twarze celebrytów! Jasna sprawa, że nie chodzi tutaj o zamiłowanie do pisania. Znane twarze z telewizji szukają łatwego zarobku. Wydawnictwa łatwo to podłapują widząc w tym źródło szybkiego zarobku, bo znane nazwisko nie wymaga dodatkowej promocji.. Nie ważne, że często te książki można podsumować tylko jednym: „pożal się Boże”.

  • http://www.zlodziejka-ksiazek.blogspot.com Lenalee

    Teraz praktycznie wszyscy chcą pisać książki, ale tylko garstka z tych osób się do tego nadaje. Czytałam „Szczęście w cichą noc” Anny Ficner-Ogonowskiej i ta książka była wprost okropna. Dziwię się, że niektóre książki aż tak dobrze się sprzedają.

  • http://wyrazoneslowami.wordpress.com/ Monika

    Szczerze mówiąc nie śledzę rynku wydawniczego zbyt wnikliwie – jedyna z przedstawionych w artykule książek, które kojarzę to Kronos (którego będę czytać na dniach). Twórczości Grocholi nie lubię, choć po podobne twory relaksacyjne co jakiś czas sięgam, ale doprawdy nie wiem, jak te wszystkie pozycje mogą znajdować się w czołówce – wychodzi na to, że książki kupują głównie babeczki. Jak napisała LENALEE w Polsce, jest dużo osób, które biorą się za pisanie, niestety poziomem nie odbiegają od moich podstawówkowych pisadeł. Choć od czasu, kiedy ebooki opanowują czytelniczą sferę, dobre relaksacze powoli wypływają na powierzchnię :) Świetny artykuł :)

  • bookszpan

    Cieszę się, że pojawił się w Twoim tekście wątek Znaku. Dokładnie – od jakiegoś czasu wyraźnie rysuje się ewolucja w stronę wydawania wszystkiego, czyli de facto niczego.
    (Stosunek do listy już zaznaczałam gdzie indziej, więc nie będę robić nowej wrzutki :)).

  • http://miqaisonfire.wordpress.com miqaisonfire

    Bardzo ciekawy tekst pełen zestawień liczbowych :D
    Mam tylko nadzieję, że Trybson książki nie wyda…

  • http://bazgroly.net Jarka

    Boże, jak bardzo prawdziwy jest ten tekst. Zgadzam się z jego każdym słowem. Mam ochotę krzyczeć, gdy widzę na półkach tytuły napisane przez celebrytów i kompletnie nie rozumiem ich popularności.

  • http://www.miros-de-carti.blogspot.com Beata P.

    Ciekawa jestem, jak sprzedały się książki Katarzyny Michalak – która pisze bardzo dużo i wydaje się być niezwykle popularną autorką…
    Szczerze mówiąc, smutno mi, kiedy patrzę na to zestawienie. Gdzie się podziała dobra literatura (oprócz tych nielicznych wyjątków) ?

  • http://mocnosubiektywna.blog.pl/ Mocno subiektywna

    Ciężko się nie zgodzić… Teraz sprzedają się książki albo „ambitne” albo te sygnowane znanym nazwiskiem. Ludzie przecież mamy tylu zdolnych pisarzy, po co marnować siły i pieniądze na kupno takiego stworka stworzonego przez jakiegoś Ghostwriter?

    Gatunki odbiegające od literatury „ambitnej” (z uporem maniaka będę pisać to tak, a nie inaczej bo z ambitną literaturą nie ma to nic wspólnego) są spychane na margines, a mamy tylu zdolnych pisarzy! „Szczęśliwa Ziemia”, „Cienioryt”, „Nowy Drapieżnik” to tytuły które przeczytałam w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy i na głowę biją wszystkie książki przedstawione wyżej. Ale nie mają na froncie znanego nazwiska…

  • Pingback: christian louboutin mens

  • Pingback: converse all star sito ufficiale