Klaus-Peter Wolf – Morderca z Fryzji Wschodniej

Zazwyczaj zaczęlibyśmy od kilku słów na temat autora, ale tym razem będzie nieco inaczej. Może nawet się nie obrazi, w końcu to nie on, a jego książka jest dzisiaj na tapecie. Na początek odpowiedzmy więc sobie na pytanie: czym jest Fryzja Wschodnia? Skoro pochodzi z niej tytułowy morderca, warto byłoby dowiedzieć się chociaż, gdzie ów Fryzja leży, czym w zasadzie jest i o jakim kraju mowa?

morderca_z_fryzji_-_okładka01Fryzja Wschodnia (Ostfriesland) to część Niemiec. Ale nie zwyczajna część, bo w dużej mierze składająca się z wysp. Noszą nazwy takie jak Borkum, Baltrum czy Spiekeroog, co daje nam pojęcie o tym, że mogą mieć więcej wspólnego ze Skandynawią, niż Niemcami. I nie jest to skojarzenie błędne, co przekłada się też na to, co otrzymujemy od Klausa-Petera Wolfa. Kryminał w jego wydaniu to coś pomiędzy Larssonem a Bentowem, jest tu odpowiednia dawka lekkości, ale także zachowane proporcje mroku. Nie ma może skandynawskiego chłodu, ale z pewnością jest inspiracja tym, co tworzy się po drugiej stronie Morza Północnego. Przewracając bowiem już pierwsze karty powieści Wolfa, oczami wyobraźni widzimy poranną mgłę unoszącą się nad wybrzeżem, czujemy powiew zimna z północy i wiemy, że czeka nas kryminalna uczta. Oficyna Media Rodzina wydaje tę powieść w serii „Gorzka czekolada” i trudno odmówić im racji w doborze tytułu dla tego szerokiego szyldu. Morderca z Fryzji Wschodniej to przyjemność, ale nie byle jaka – nie odpowiednik białej czy mlecznej czekolady, po zjedzeniu której będziemy mieć wyrzuty sumienia. Nie, ta książka to pozycja wartościowa, ale jednocześnie posiadająca duże wartości rozrywkowe. Dlatego idealnie pasuje jako literacki odpowiednik gorzkiej czekolady.

Fabuła od samego początku jest obiecująca – Wolf wykorzystuje znany schemat, ale czyni to w sposób świeży. Spotykamy u niego mordercę polującego na ludzi, których najchętniej nosilibyśmy na rękach – dobrych, uczynnych i o wielkim sercu. Ludzie ci pracują jako wolontariusze, pomagając niepełnosprawnym przystosować się do nowego życia. I to właśnie oni giną jeden po drugim, gdy morderca zaczyna siać postrach w Fryzji Wschodniej. Brzmi dobrze, prawda? Zawsze tak jest, gdy autor z jednej strony postawi potwora, a z drugiej postacie, którym teoretycznie włos z głowy nie powinien spaść (przynajmniej jeśli świat miałby w sobie coś ze sprawiedliwości). Często jednak jest tak, że pomysł zaczyna kuleć w trakcie rozwoju akcji, a my zamiast gorzkiej czekolady z ok. 70% zawartością kakao otrzymujemy niedającą się jeść tabliczkę, która ma powyżej 90%. W tym przypadku tak się na szczęście nie stało. Klaus-Peter Wolf dobrze skonstruował całą powieść, nie pozwalając sobie na dłużyzny czy wątki poboczne, które mogłyby położyć akcję.

Wolf+Ostfriesen-Killer-Kriminalroman

Okładka wersji niemieckiej

Pomagają w tym dobrze zarysowani bohaterowie. Protagonistką jest Ann Kathrin Klaasen, co do której można mieć mieszane uczucia – a zatem cel został osiągnięty, jak mniemam. Jeśli autor zamierzał stworzyć postać, która będzie ambiwalentnie odbierana przez czytelnika, to z pewnością zasługuje na gratulacje. Są czytelnicy, którzy nie lubią takich konstrukcji charakterologicznych – chcą by bohatera lubiło się od pierwszego słowa. Są też tacy, którzy granicę tolerancji mają ustawioną wysoko i są gotowi dać postaci szansę. Ostatecznie dochodzą do tego też tacy, którzy lubią wkurzających bohaterów. Ann Cathin Classen być może do takich nie należy, ale z pewnością będzie wywoływać w czytelniku cały wachlarz emocji. Mnie to odpowiada. Lubię zmieniać zdanie na temat postaci i nie muszę uwielbiać jej od samego początku. Może nawet tak jest lepiej? Całkiem możliwe, ale warunek jest jeden – fabuła musi sprawiać, że chce się dalej poznawać losy nie tylko tej, ale także innych postaci. Szczęśliwie, Klaus-Peter Wolf stanął na wysokości zadania. Utrzymuje nasze zainteresowanie intrygą na tyle długo, byśmy zdążyli polubić zarówno Ann Kathrin, jak i pozostałych bohaterów.

A jaka to intryga? Proszę bardzo:

Miasteczko Aurich we Fryzji. Domy w wypielęgnowanych ogrodach, sielska atmosfera, do tego niesamowity krajobraz Morza Wattów – akwenu wód przybrzeżnych odsłanianych całkowicie podczas przypływów. Pierwsze morderstwo spada na mieszkańców jak grom z jasnego nieba, a nie wiedzą, że to początek groźnej serii. Blady strach pada zwłaszcza na członków Stowarzyszenia Tęcza, którego podopiecznymi są osoby niepełnosprawne. Zarówno pierwsze zabójstwo, jak i kolejne mają z nim bezpośredni związek. Nadkomisarz Ann Kathrin Klaasen zaczyna tropić zabójcę. Skupiona na pracy nie zauważa, że jej życie rodzinne wali się w gruzy…

Dostajemy więc hermetyczne środowisko, które co do zasady nie zna pojęcia przemocy. Takie historie zawsze mają ogromny potencjał, pomimo tego, że zazwyczaj rozgrywają się w jednym miejscu. Jednocześnie ten potencjał łatwo zmarnować, zagłębiając się w nadmierne opisy zależności między członkami społeczności, czy precyzyjnie kreśląc jej odrębność na tle reszty regionu. Tutaj autor nie nęka nas niepotrzebnymi szczegółami. Na niecałych trzystu stronach otrzymujemy skondensowaną, ciekawą historię, w sam raz na udaną kryminalną przygodę.

Jeśli lubicie historie o „klaustrofobicznych” społecznościach, w których grasuje zwyrodnialec, a do tego lubicie także dostać w pakiecie wątek obyczajowy, musicie sięgnąć po Mordercę z Fryzji Wschodniej. Choć w każdym innym przypadku też tę powieść gorąco polecam. Wydaje mi się, że Klaus-Peter Wolf radzi sobie w tematyce kryminalnej znacznie lepiej, niż jego krajan, o którym najgłośniej, Max Bentow. Przekonajcie się zresztą sami, bo warto!

Żaneta Madej

 

 

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!