Wyzyskiwacze książek. Czyli nagonka na blogerów

mocnosubiektywna

Temat jest tak oklepany, że pojawił się już chyba na każdym blogu. Niestety i tutaj pojawić się musi… Starałam się zaciskać zęby, nie komentować, przemilczeć niektóre kwestie. Okazało się, że po prostu się nie da.

Blog założyłam w listopadzie zeszłego roku, tak więc moje miejsce w sieci jest stosunkowo młode. Młode i niestety już winne. Jaką zbrodnie popełniłam? Nie dość, że ośmieliłam się taki blog założyć, to w dodatku współpracuję z wydawnictwami. Znaczy, sprzedałam się za marne grosze i piszę ustawiane recenzje. Tak przynajmniej uważają przeciwnicy wszelkich form współpracy. Niektórzy w dodatku posuwają się dalej – są osoby, które uważają, że blogi na których zwykły szary człowiek recenzuje książki, psują rynek wydawniczy.

Dziś podczas codziennej prasówki natknęłam się na wywiad z Panem Sławomirem Krempą który jest redaktorem naczelnym serwisu Granice.pl. Serwisu z którym notabene żyje mi się bardzo dobrze, mam tam konto już dłuższy czas i który, co najśmieszniejsze, w dużej mierze przyczynił się do założenia mojej strony. W dodatku portal Granice.pl opiera się w znacznej części właśnie na blogerach i podejrzewam, że 2/3 użytkowników takie strony posiada.

Fragment wywiadu z Panem Sławomirem Krempą:

Tak zwani „poważni krytycy” nie piszą o literaturze popularnej, a jeśli piszą, to traktują ją zwykle z wyższością. Czytelnikom pozostają recenzje na blogach, te zaś zakładane są często z jednym tylko założeniem: by „wyłudzić” darmowe egzemplarze recenzenckie od wydawców. W mnogości kiepskich blogów trudno znaleźć te rzeczywiście wartościowe. Ponadto nawet sprawni, rzetelni blogerzy zwykle przyznają wprost, że piszą subiektywnie, a opieranie własnych wyborów czytelniczych na tym, co się podoba (lub nie podoba) komuś innemu to niezbyt dobry pomysł. Drugim wyborem są serwisy internetowe poświęcone książkom, dla których również często piszą blogerzy… I tak koło się zamyka.

Fragment ten poruszył mnie do tego stopnia, że postanowiłam wyrazić w końcu swoje zdanie na temat poruszany w sieci bardzo często. Oczywiście muszę się zgodzić z tym, że są blogi lepsze i gorsze, że poziom jednych zdecydowanie odbiega od innych. Zdaje sobie sprawę, że prawdopodobnie nigdy nie sięgnę poziomu tych z wyższej półki, nie zdobędę takiego grona czytelników a moje zdanie nie będzie miało takiej siły sprawczej. Jednak krew się we mnie burzy, gdy czytam o zakładaniu blogów z zamysłem „wyłudzania” książek.

Po pierwsze, taki proceder to raczej znikomy procent. Po drugie, nawet gdy ktoś z taką intencją zakłada swój blog, wcale nie ma gwarancji, że jakieś wydawnictwo zechce z nim współpracować. Nie jest to przecież takie proste, a żadne wydawnictwo nie wysyła swoich książek ot tak, każdemu kto się zgłosi. Po trzecie, to czytelnicy wybierają jakie blogi czytają, a jakie nie. Jeżeli z zatrzęsienia stron wybiorą ten, który szanownemu redaktorowi wydaje się mało wartościowy – to tylko i wyłącznie ich wybór. Najwidoczniej ich zdanie jest inne, mają przecież do tego prawo.

(…)opieranie własnych wyborów czytelniczych na tym, co się podoba (lub nie podoba) komuś innemu to niezbyt dobry pomysł.

Dlaczego? Jeżeli przeczytam o tytule X na jednym blogu, opis fabuły wydaje mi się interesujący mimo negatywnej recenzji, poszukam informacji o tej książce w różnych miejscach. Gdy okaże się, że opinia się powtarza na wielu stronach, jest to dla mnie jasny znak, że nie warto tracić czasu i pieniędzy. Jeżeli nie, z różnych opinii wyciągnę własne wnioski i podejmę odpowiednią decyzję. Takim tokiem rozumowania podąża przecież większość z nas. Nikt książki nie skreśli ani nie oszaleje na jej punkcie po przeczytaniu jednej recenzji.

Sam fakt istnienia takiej ilości stron gdzie ktoś wyraża swoją – nawet mocno subiektywną – opinię, powinien rynek wydawniczy cieszyć. Oznacza to, że książki wracają do łask, a grono czytelników się zwiększa. Nie ma znaczenia, czy recenzja pisana jest przez trzynastoletnią uczennice, czy przez profesora z bogatą listą publikacji. Ważne, że jest, i że dzięki niej chociaż jedna osoba więcej ma szanse zwrócić uwagę na dany tytuł.

Przyznaje się szczerze, że dla mnie większą wartość ma nacechowana emocjami, subiektywna ocena zwykłego czytelnika (który oczywiście napisze więcej niż „podoba mi się”) niż sztywna i sucha opinia recenzenta zawodowego.

Tematu pisania recenzji pozytywnych w zamian za książki miałam nie poruszać, jednak… To, że dostaję książkę od wydawnictwa w żaden sposób nie obliguje mnie do jej zachwalania. A to, że z reguły taką książkę chwalę (negatywnych recenzji było raptem 3-4) to zasługa tylko i wyłącznie doboru książek. Wybierając te, które mnie interesują, zmniejszam ryzyko rozczarowania – ot, cała tajemnica.

Wszystkie żale już wylałam, za co serdecznie przepraszam. Jednak chyba każdej osobie, która bloguje i pisze o książkach, taki moment w końcu się zdarzy.

mocnosubiektywna-pod

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!