Nie jesteś tym, co czytasz

Brzmi jak zaprzeczenie tego, co wszyscy wiemy? Być może, ale z takiego założenia wyszli amerykańscy bibliotekarze – uznali, że człowieka nie może definiować dobór lektur… przynajmniej nie w oczach innych. Chodzi jednakże nie o abstrakcyjną ideę, a pragmatyzm. Otóż postanowiono, że najwyższy czas chronić „prywatność czytelniczą” tych, którzy wypożyczają książki w bibliotekach.

Stockholm Public LibraryCo zrobiono? To, na co żadna rozsądna firma na świecie nigdy by się nie odważyła – wyczyszczono wszystkie rejestry wypożyczeń, tym samym wymazując wszelkie zebrane dane o upodobaniach czytelniczych. Wydaje się, że to dobry pomysł, biorąc pod uwagę, że od czasu do czasu wyciekają listy pokazujące, co wypożyczali i czytali znani autorzy za młodu. Stało się tak w przypadku Harukiego Murakamiego, o czym informowaliśmy zaraz po samym zdarzeniu. Starczy powiedzieć, że pisarz znany z zamiłowania do ochrony własnej prywatności nie był wniebowzięty.

Zaczęło się od uniwersytetu w Nowym Jorku – władze uznały, że aby chronić prywatność czytelników korzystających z biblioteki, konieczne jest wyczyszczenie całego systemu. Tak też zrobiono, podkreślając, że nie ma żadnego logicznego powodu, by jakakolwiek biblioteka zbierała informacje na temat osób, które z niej korzystają. Wpisuje się to w ogólną tendencję – różne organizacje związane z czytelnictwem podkreślają, że władze nie powinny mieć dostępu do takich danych, wchodzić mają one bowiem w ochronę prywatności. Tymczasem organy ścigania mają prawną możliwość (i formalną drogę), by żądać od jakiejkolwiek placówki danych na temat upodobań czytelniczych danej osoby (wymowny jest tutaj przykład Zodiaka i listy bibliotecznej obfitującej w tytuły związane z astronomią). Policja nie może jednak tego zrobić, jeśli lista nie istnieje – a nic nie przymusza bibliotek, by takowe tworzyły.

Źródło: The Guardian | Fot. Samantha Marx via flickr

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!