Sławomir Krempa odpowiada na polemikę. „Historia z czasów dinozaurów…”

…czyli opowiem Państwu bajkę. Opowiem Państwu baśń z czasów, kiedy nie było jeszcze hipermarketów, tylko kopało się dół i czekało na mamuta. Z czasów, kiedy w „Słowniku Języka Polskiego” nie było jeszcze słowa „blog” ani „bloger”. Z czasów, kiedy korzystaniu z internetu nieodmiennie towarzyszyło wybieranie numeru, a każda minuta spędzona w sieci okupiona była koniecznością dokonywania sporych oszczędności na innych płaszczyznach, bo korzystanie z netu było po prostu piekielnie drogie. Innymi słowy: opowiem Państwu historię sprzed mniej-więcej piętnastu lat. Już Państwo zasnęli? Proszę się nie martwić – będzie gorzej.

Przed mniej-więcej 15 laty nie było jeszcze Biblionetki – były tylko Biblioteki. Tak, pisane wielką literą, bo dla nas-wyznawców, były swego rodzaju świątyniami, gwarantującymi niemal nieograniczony dostęp do książek. Przed 15 laty nakanapie pisaliśmy oddzielnie, a przede wszystkim na kanapie… siadaliśmy. Podobnie nikomu nie przyszłoby do głowy, by łącznie pisać lubimyczytac (nie wspominając o dodaniu na końcu .pl), a słowa te znaczyły po prostu, że… lubimy czytać. Wtedy to grupie pasjonatów wpadło do głowy, że fajnie byłoby mieć w nie bardzo jeszcze spenetrowanym internecie miejsce, gdzie mogliby prezentować własną twórczość i – w moim skromnym przypadku – własne felietony oraz recenzje książek. Traf chciał, że jeden z nas był nieco bardziej rozgarnięty (reszta to niepoprawni humaniści, choć z perspektywami) i te wszystkie htmle, a hrefy, pehapy potrafił mniej-więcej zastosować w praktyce. Wojtek zrezygnował z kilku piw, tudzież bardziej wyskokowych napojów, po czym kupił domenę Granice.pl, bo prowadziliśmy wówczas amatorskie pisemko (które drukowaliśmy na kupionej za nieziemskie pieniądze czarno-białej laserówce, a następnie zszywaliśmy zwykłym zszywaczem biurowym, musząc wybierać, czy kupimy w danym tygodniu paczkę czipsów, czy dodrukujemy kilka egzemplarzy) „Granice Rzeczywistości”. Nazwę chcieliśmy pisać po łacinie, ale że żaden z nas łaciny nie znał, a inicjator całego przedsięwzięcia był dyslektykiem, pisaliśmy ją dziwnie i zależnie od humoru: „Fines Realistis” / „Finis Realistatis”. No, po prostu – „Finis Silesiae”. Dziś studenci uczęszczający na ćwiczenia prowadzone na uczelni przez jednego z naszych przyjaciół (skądinąd biologa) regularnie przynoszą na zajęcia kopie owego pisma. I zwykle udaje im się uniknąć przynajmniej jednej „wejściówki” w zamian za to, że nikomu (NIKOMU) o jego wierszach w owym piśmie nie powiedzą.

Byliśmy wtedy w różnym wieku. Niektórzy z nas zaczynali wtedy liceum (jeszcze czteroletnie). Inni byli na studiach, część już pracowała. Ale poświęcaliśmy własny czas, sporo pracy i niewielkie, świeżo zarobione pieniądze, by móc dobrze się bawić, tworząc lub po prostu pisząc recenzje książek. Książek kupionych, bo o darmowych egzemplarzach dla przedstawicieli mediów internetowych nie mogło być nawet mowy. Ale nie koniec na tym. Przez lata kolekcjonowaliśmy wszelkie możliwe gazety (lub czasopisma), wycinając z nich teksty Marii Janion (wiedzieliśmy, co to gender, zanim to było modne) i Umberto Eco (interesowaliśmy się semiologią przed Robertem Langdonem). Czytaliśmy Mariana Stalę i Jarosława Klejnockiego. Kazia Szczuka, choć mogliśmy się kompletnie nie zgadzać z jej poglądami, była dla nas wzorem. Inaczej mówiąc: staraliśmy się nauczyć, jak pisać o książkach. I z dużą dozą nieśmiałości pierwsze własne próby recenzenckie prezentowaliśmy na łamach wortalu Granice.pl.

Rewolucja zaczęła się, kiedy napisał do nas ktoś z państwa Rodków, prowadzących wydawnictwo Mag, uświadamiając nam, że daleko za oceanem istnieją serwisy podobne do naszego. Że mają swoich recenzentów, których opinia liczy się nierzadko na równi z opinią profesjonalnych krytyków. Że piszą o fantastyce, którą nieczęsto recenzuje się w mediach mainstreamowych. Na końcu maila padło pytanie: a może przesłalibyśmy Wam parę egzemplarzy do recenzji? Wydruk tego maila do dziś przechowujemy w otchłani firmowej już dokumentacji, obok pierwszego dolara zarobionego na reklamach Google. Potem przyszły podobne propozycje od Doroty Malinowskiej-Grupińskiej (najpierw Prószyński, potem MG), od której przez kolejne lata uczyłem się chyba wszystkiego, co wiem o polskim rynku książki, od katowickiego wydawnictwa KOS, dla którego redagowałem książki, na widok których moja babcia chciała wzywać egzorcystę („Celtycki horoskop drzew”), od nieistniejącego już Philipa Wilsona, dzięki któremu poznaliśmy świetną autorkę przezabawnych powieści obyczajowych, a ostatnio powieści „z pazurem” – Danutę Noszczyńską. I ani się spostrzegliśmy, a byliśmy już poważnymi recenzentami lub redaktorami. Niektórzy z nas pokończyli studia, a wtedy zaczęły się pierwsze budżety reklamowe. Ale do dziś pamiętam tę grupę dzieciaków, które rozdziawiły buzie ze zdumienia na widok maila, że mogą dostać jedną czy dwie książki za darmo. A było to po dobrych paru latach, podczas których wkładały masę serca i pracy w to, by być coraz lepszymi, by umieć pisać, by dowiedzieć się, jak to właściwie się robi. 

Nie uważam dzisiejszych blogerów za gorszych od nas – chłopaków (i dziewczyny) z początku XXI wieku (jakkolwiek by to nie brzmiało :)). Podejrzewam, że kiedy Agnieszka Tatera zaczęła tworzyć ksiazkowo, też nie było jej podstawowym celem otrzymanie darmowych egzemplarzy od jakiegokolwiek wydawnictwa, a już z pewnością nie myślała, że w Wielkich Warszawskich Wydawnictwach kiedykolwiek będzie pracować. Nie wiem, jak było z Joanną Janowicz, którą kiedyś nagradzaliśmy w Literackim Blogu Roku, a która dziś jest menedżerem w lubimyczytac.pl Nie wiem, jak było z Jarkiem Czechowiczem z „Krytycznym Okiem”. Natomiast jestem pewien, że zanim odezwali się do jakiegokolwiek wydawnictwa, też włożyli masę pracy w to, by nauczyć się pisać recenzje, by swojego bloga założyć, napisać kilka notek, zdobyć jakąś popularność. 

I kiedy mówię o blogach, które zakładane są często z jednym tylko założeniem: by „wyłudzić” darmowe egzemplarze recenzenckie od wydawców tylko to i jedynie to mam na myśli, że zanim zaczniemy pisać z propozycjami współpracy do kogokolwiek, powinniśmy trochę popracować nad sobą i nad tym, co reprezentujemy. Nie widzę niczego złego w recenzowaniu książek otrzymanych od wydawnictw. Nie nazywam tego „tanim sprzedaniem się” – chyba że ktoś będzie pisał pochwalne notki na temat kiepskich książek, byle tylko nie obrazić autora czy wydawcy. Uważam, że współpraca z blogerami to dla wydawców czysty interes – zyskują recenzje książek, o których niekoniecznie chciałyby pisać duże media, naprawdę niewielkim kosztem. Uważam też, że to jakiś wkład w promocję literatury – w końcu prawdziwe „książkowe mole” bez współpracy z wydawcami nie mogłyby czytać aż tylu nowych książek, bo to po prostu kosztuje. Ale też nie mówcie mi, że procent dzieciaków, które wystosowują do wydawców propozycje współpracy przed napisaniem choćby jednej recenzji czy przed założeniem bloga (sic!) jest niewielki. Bo sam takich „niemoralnych propozycji” dostaję tygodniowo dobrych kilkanaście, chociaż (czasami muszę to sam sobie powtórzyć kilka razy, by nie zapomnieć) Granice.pl nie są wydawnictwem.

Rozumiecie, o co mi chodzi? Naprawdę, robicie dobrą robotę. Naprawdę fajnie, że budujecie swoje osobiste marki, że ćwiczycie się w pisaniu, że czasem omawiacie książki bardziej wnikliwie niż zawodowi recenzenci czy krytycy. Ale pamiętajcie, że na Wasz obraz rzutuje też beznadziejny przypadek kobiety, która propozycję współpracy formułuje w następujący sposób:

„Witam serdecznie (Michał Rusinek już się cieszy – przyp. S.K.)

Wydaliście książke. I co?”

Bo po takim mailu, mimo naprawdę dużych pokładów dobrej woli, można jedynie załamać ręce. I odpisać – do rymu. 

Sławomir Krempa. Dziennikarz, jeden z twórców serwisu Granice.pl i od lat jego redaktor naczelny. Wcześniej pracował w pismach branżowych kierowanych do specjalistów z branży spożywczej. Wie, z czego się robi parówki i jak się tworzy literaturę popularną (oraz co ma z nią wspólnego schemat Proppa). Nie, nie chcecie tego wiedzieć.

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!