Kupują domy za gotówkę, sprzedają miliony książek – a są nieznanymi self-publisherami

L. J. Ross i Keith Houghton. Nazwiska bliżej nieznane, właściwie anonimowe – a mimo to należące do autorów, którzy mogą poszczycić się dochodami, o jakich nie śni wielu innych. Do tej grupy zalicza się także Rachel Abbott, na rynku anglojęzycznym raczej nieznana tym, którzy w książki zaopatrują się w księgarniach – jej powieści rozchodzą się bowiem głównie w sprzedaży internetowej. Polski czytelnik tę ostatnią pisarkę mógł poznać dzięki wydającemu jej powieści u nas Wydawnictwu FILIA, ale Ross czy Houghton są dla nas takimi samymi enigmami, jak dla czytelników w Wielkiej Brytanii czy Stanach.

4543474882_cf42590a8d_oTymczasem Keith Houghton sprawił sobie niedawno miły prezent, kupując za gotówkę dom z czterema sypialniami. Jego książki nie figurują w oficjalnych zestawieniach z jednego prostego powodu – jako self-publisher nie musi ubiegać się o numer ISBN, a pozbawione go tytuły nie są wliczane w statystyki sporządzane w Wielkiej Brytanii. Czytelnicy jednak masowo kupują jego książki. Ile ich sprzedał? W ciągu ostatnich sześciu lat ponad pół miliona.

Sam Houghton podkreśla, że czuje się, jakby wygrał na loterii. Zarówno on, jak i Ross czy Abbott, odrzucają co jakiś czas gigantyczne, milionowe oferty od agentów i wydawnictw, twierdząc, że więcej zarobią na własną rękę. Warto także podkreślić, że sam Houghton zadebiutował na Amazonie, sprzedając mniej więcej 25 tysięcy egzemplarzy – a książkę tę wcześniej odrzuciło… stu wydawców.

Ile zarobił? Z pewnością niemało, bo Kindle Direct oferuje autorom stawkę w wysokości 70% od uzyskanych zysków. Gdyby cena wynosiła niewiele ponad jednego dolara, moglibyśmy posądzać Houghtona o posiadanie fortuny – a przecież jest ona dużo wyższa. Rachel Abbott do tej pory sprzedała dwa miliony egzemplarzy swojej serii, wydaje też w tradycyjnej formule.

Wszyscy autorzy, którzy trzymają się self-publishingu, podkreślają jak jeden mąż, że ten sposób wydawania zapewni im to, co każdy pisarz ceni sobie najbardziej – pełną wolność twórczą. I z tym chyba wypada się zgodzić.

Źródło: The Guardian | Fot. Crash Test Mike via flickr

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!