Reżyserka „Pięćdziesięciu twarzy Greya” żałuje zrobienia filmu

Wydawać by się mogło, że E. L. James to miła, niekonfliktowa osoba – okazuje się jednak, że w tym wypadku pozory mogą mylić. Być może jednak powinniśmy się tego spodziewać, biorąc pod uwagę, jak rozbudowana jest erotyczna wyobraźnia tej niepozornej pisarki. Rąbka tajemnicy na temat jej charakteru uchyliła nam Sam Taylor-Johnson, która odpowiadała za przeniesienie Pięćdziesięciu twarzy Greya na wielki ekran.

16755963359_21753106ab_kCo zdradziła reżyserka? Przede wszystkim to, że gdyby mogła cofnąć się w czasie i coś sobie poradzić, przekaz byłby nad wyraz klarowny. Ograniczyłby się do stanowczego oznajmienia, by tego filmu pod żadnym pozorem nie kręcić. Ale tego mogliśmy się domyślić po tym, jak na jaw zaczęły wychodzić informacje o spięciach na planie – a tym bardziej, gdy stało się jasne, że Taylor-Johnson nie stanie za kamerą przy dwóch kolejnych odsłonach erotycznej epopei.

Reżyserka podkreśla, że istniały dwie, przeciwne kreatywne wizje względem materiału. Rozbieżności miały być tak duże, że pomiędzy dwoma paniami dochodziło do spięć przy kręceniu każdej pojedynczej sceny. E. L. James miała za każdym razem podkreślać, że jej wizja jest tym, czego oczekują fani. Taylor-Johnson odpowiadała, że to oczywiście istotne, ale w filmie mogłyby stworzyć także pewien nowy wymiar historii.

E. L. James podczas podpisywania umowy na ekranizację zastrzegła sobie dużą władzę decyzyjną nad ostatecznym materiałem – ale Taylor-Johnson twierdzi, że to nie w tym tkwił największy problem, a w charakterze autorki. Reżyserka podkreśla bowiem, że jest przyjaźnie nastawiona właściwie do każdego, z każdym chce się dogadać – i nie rozumie, dlaczego w tym wypadku nie wystąpił efekt synergii.

Na koniec wywiadu dodaje także, że nie obejrzy dwóch kolejnych części, bo filmy te zwyczajnie jej nie interesują. Finałowa odsłona wejdzie na ekrany kin w lutym 2018 roku.

Źródło: The EW | Fot. Mike Mozart via flickr

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!