John Lutz. Mrok (a.k.a Darker than night)

Miasto, które nigdy nie śpi, stało się miastem, któremu nie pozwala zasnąć lęk przed koszmarem. Seryjny morderca zwany Nocnym Łowcą wciąż pozostaje nieuchwytny. Pojawia się niespodziewanie. Wkracza w życie nieprzeczuwających niebezpieczeństwa ofiar i cierpliwie czeka na odpowiedni moment.

Pojedynek z seryjnym mordercą nie jest dla detektywa Franka Quinna tylko kolejną sprawą do rozwiązania. Schwytanie Nocnego Łowcy to dla niego ostatnia szansa, by odbudować życie, które legło w gruzach wskutek misternie skonstruowanej intrygi. Tym razem Quinn będzie walczył przede wszystkim o samego siebie.

Odkrycie tajemnicy drzemiącej w mrocznej przeszłości szaleńca to jedyny sposób, by położyć kres krwawej krucjacie. Quinn musi się spieszyć. Liczba ofiar rośnie. Każda z twarzy, które widzi na ulicach miasta, może być twarzą mordercy… albo kolejnej ofiary.

 

john_lutz_mrokMrok. Tytuł tyle enigmatyczny, co zachęcający. W dodatku nie jest zasługą autora – powieść ta w oryginale nazywa się Darker than night, a zatem oklaski należą się bądź Adrianowi Markowskiemu, który prowadził proces redakcyjny, bądź Bartoszowi Kurowskiemu, który tę książkę tłumaczył. Jakby nie było, owe oklaski są zasłużone, bo rzadko kiedy bywa tak, że tytuł po tłumaczeniu lepiej oddaje klimat książki, niźli oryginał.

Kto nie zna Johna Lutza, ten nie wie, co znaczy literacka zabawa w kotka i myszkę. Autor zapewnia nam mnogość bohaterów i mnogość wątków, które mogą – ale nie muszą – prowadzić w ślepe zaułki. Czytając tę powieść trudno nie odnieść wrażenia, że gdzieś już ten klimat czuliśmy… coś takiego już napatoczyło nam się kiedyś w ręce… co to takiego? Rzecz subiektywna, ale wydaje mi się, że książka Lutza czerpie atmosferę z pionierów kryminału. Mamy kryminały skandynawskie, mamy polskie (ostatnio docenione), mamy w końcu amerykańskie i brytyjskie. Mamy też te, od których wszystko się zaczęło, uniwersalne. I właśnie do nich najbliżej jest Mrokowi.

A zabójca? W takiej książce jest ważniejszy, niż wszyscy protagoniści razem wzięci.

Nocny Łowca bierze na celownik ludzi, którzy nie mają wielu powodów do smutku – małżeństwa, w których małżonkowie cieszą się dobrą pozycją materialną, karierą zawodową, et cetera. Jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa, mężowie często obdarowują swoje wybranki. Tym bardziej więc kobiety nie dziwią się, gdy otrzymują niespodziewane prezenty, zawierające ich ulubione rzeczy. Nie mają pojęcia, że nadawcą jest seryjny morderca.

I że stoi tuż za nimi.

Brzmi dobrze? Nic dziwnego, bo konstrukcja fabuły i zawiązanie pierwszych wątków jest u Lutza na wysokim poziomie. Możemy to zresztą odczuć już po pierwszych stronach, jak i przeczytaniu opisu (który w tym przypadku oddaje ducha książki). Ze święcą szukać czytelnika, który znudziłby się przy lekturze tej książki – podczas lektury może okazać się, że reakcja jest skrajnie inna. Możemy mieć za złe Lutzowi, że tak szybko doprowadził nas do końca intrygi.

Rys charakterologiczny postaci nie jest w tym typie literatury istotny, więc nie spodziewajmy się, że autor dołożył najwyższej staranności konstruując swoich bohaterów. Z pewnością będą rozwijać się w kolejnych książkach, tym niemniej w Mroku otrzymamy głównie fajerwerki w sferze samej fabuły, nie zaś postaci. Nie umniejsza to jednak lekturze, wszak właśnie o sferę fabularną nam chodzi, gdy bierzemy do ręki książkę z żółtym paskiem „Crime scene – do not cross„. Nie znaczy to jednakże, że gama postaci jest mała – bo sytuacja jest odwrotna. Mamy tutaj szerokie spektrum bohaterów, od dobrych i złych policjantów, przez stalkerów, zbereźników, aż po mistrzów zbrodni… i totalnych imbecyli, którzy wywołają uśmiech na jednym obliczu.

Jeśli nie jesteście przekonani do tej książki, powinniście wiedzieć jedną rzecz - Darker than night to pierwsza pozycja wielotomowej serii z Frankiem Quinnem w roli głównej. Ile części pojawiło się do tej pory? Siedem – i jeśli to nie świadczy o klasie danej pozycji, to trudno powiedzieć, co miałoby.

Podsumowując, przed wami 448 stron przedniej, kryminalnej zabawy, w której niełatwo będzie się połapać. I która nieraz przyprawi was o ciarki, jakie potrafią wywołać tylko pisarze klasy Stephena Kinga (w tym przypadku jednak strach nie ma nic wspólnego ze światem nadprzyrodzonym – co jest może jeszcze bardziej przerażające).

Żaneta Madej

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!