Czas zapłaty Johna Grishama

czas-zaplaty-miekkaStorytelling. To słowo wymienia się niezwykle często, gdy ktoś próbuje zwięźle opisać największy atut Grishama. Oczywiście, w każdej jego książce jest prawnicza batalia – pełna zwrotów akcji i niuansów, które dopiero pod koniec wychodzą na światło dzienne. Są też ciekawi, charakterystyczni bohaterowie, a interakcje między nimi są zawsze dynamiczne. Norma. Najmocniejszy punkt Grishama to jednak niezmiennie storytelling. Jak mało kto, ten amerykański pisarz potrafi wciągnąć nas w ponad sześciusetstronicową podróż do swojego świata.

I w tym przypadku jest to rzeczywiście jego świat. Akcja powieści osadzona jest bowiem w rodzinnym stanie autora – Mississippi. Rozgrywa się w latach osiemdziesiątych, a zatem otrzymujemy również powiew niezbyt zamierzchłej historii. Wracamy do postaci, które być może niektórzy z nas pamiętają z Czasu zabijania. Piszę „być może”, bo ci, którzy czytali pierwszą edycję, najpewniej potrzebowali małego odkurzenia pamięci. Sam niespecjalnie wiele pamiętałem z książki, którą czytałem w połowie lat dziewięćdziesiątych. Było to wydanie Amberu z 1994 roku (reedycja była w 2002). A jak najlepiej przypomnieć sobie pewne sceny, czy postacie? Oczywiście za sprawą obrazów.

Pamiętacie ekranizację z Kevinem Spaceyem, Matthew McConaugheyem i Samuelem L. Jacksonem? Jeśli nie, przypomnijcie sobie (a jeśli nie czytaliście Czasu zabijania, ani nie oglądaliście filmu, nic nie stoi na przeszkodzie, byście też rzucili okiem).

 


 

Przyjmijmy, że odświeżanie pamięci mamy za sobą. O czym jest Czas zapłaty? Zasadniczo jest to kontynuacja poprzedniej książki z Jakiem Brigancem, ale bynajmniej nie musicie znać tamtej historii, by cieszyć się nową. Tutaj dostajemy charakterystyczną dla Grishama intrygę prawną – w małym miasteczku (zapewne wzorowanym na jego rodzinnym Southhaven) mieszka schorowany staruszek, któremu w pewnym momencie przychodzi zemrzeć. Zostawiwszy testament, wyklucza w nim wszystkich swoich spadkobierców i zostawia fortunę czarnej gosposi. Pamiętajcie, że jest koniec lat ’80 w Mississippi. Takich rzeczy nie przyjmuje się tutaj łatwo.

Tym bardziej zbulwersowani są sami zainteresowani. Najmują potężne firmy z wielkich miast, by ich prawnicy wykazali, że staruszek nie był w pełni władz umysłowych, gdy spisywał testament – i że gosposia sprytnie go zmanipulowała.

Jest jeszcze jedno polecenie testamentowe – bronić ostatniej woli zmarłego ma nie kto inny, jak Jake Brigance.

A teraz oddajmy głos wydawcy, by powiedział nam kilka słów na temat książki:

Proces Carla Lee Hayleya, oskarżonego o zabójstwo dwóch mężczyzn, którzy zgwałcili i skatowali jego dziesięcioletnią córkę, miał otworzyć Jake’owi Brigance, adwokatowi Carla, drogę do sławy i pieniędzy. Tymczasem trzy lata po wygranym procesie, który wstrząsnął nie tylko Clanton w Missisipi, ale i całym stanem, Jake pozostaje małomiasteczkowym prawnikiem i ledwie wiąże koniec z końcem.

Niespodziewanie pojawia się szansa na zmianę tej sytuacji, gdy nieuleczalnie chory na raka Seth Hubbart postanawia przyśpieszyć bieg wypadków i popełnia samobójstwo, a wcześniej spisuje kontrowersyjny testament i powierza Jake’owi zadanie zatwierdzenia go przed sądem. Nie jest to proste, bo istnieje wcześniejszy testament wskazujący dzieci Setha jako głównych spadkobierców ponad dwudziestomilionowej fortuny.
Walcząc z prawnikami największych kancelarii w Memphis i Jackson, Jake Brigance będzie się musiał dobrze napocić, by przekonać ławę przysięgłych, że Seth Hubbart był w pełni władz umysłowych, kiedy zapisywał dziewięćdziesiąt procent majątku swojej czarnoskórej gosposi, i że nie został przez nią zmanipulowany. A w ławie przysięgłych zasiadają obywatele okręgu Ford, w którym biali mieszkańcy stanowią znaczną większość.
Czyżby miała się powtórzyć sytuacja sprzed trzech lat, kiedy to Clanton tak wyraźnie podzieliło się na czarnych i białych? Czy znów zapłoną krzyże?

 

OB-ZE620_grisha_CV_20131007094245Zasadniczo w opisie otrzymujemy wszystko, co powinniśmy wiedzieć. Nie wiem, czy układał go śp. Andrzej Kuryłowicz, ale wydaje się, że tak – jest wyczerpujący, a jednocześnie oddaje to, co znajdziemy w książce. Jeśli chodzi o okładkę, nie można mieć nic do zarzucenia. Wpisuje się oczywiście w ogólny, charakterystyczny styl Albatrosa, a jednocześnie pasuje do książki. Po lewej możecie zobaczyć, jak wygląda amerykańska wersja. Mnie osobiście nasza bardziej przypadła do gustu, co zdarza się rzadko. Ta oryginalna poniekąd kojarzy się z jakimiś romansami na wrzosowiskach, czy innych mokradłach (mimo tego, że przedstawia drzewo, które w powieści się pojawia).

 

Co jeszcze musicie wiedzieć, zanim zdecydujecie, czy warto sięgnąć po tę powieść? Wspomniałem o tym wcześniej, ale podkreślę jeszcze raz- nie jest to bezpośredni sequel Czasu zabijania. Naturalnie, książkę czyta się przyjemniej, kojarząc głównego bohatera i samo miasteczko, jednak nie musicie być z nimi zaznajomieni, by delektować się lekturą.
A jest czym. Nazwisko Grishama zasadniczo gwarantuje, że otrzymamy trzymający w napięciu thriller prawniczy. Pomiędzy Czasem zabijania Czasem zapłaty było kilka potknięć, ale w tym przypadku obserwujemy powrót do pełnej formy. Nie znaczy to jednakże, że książka jest absolutnie idealna – mniej więcej w środku możecie poczuć się przez moment lekko znużeni. Bywa tak bardzo często w co dłuższych książkach Grishama, a przynajmniej ja mam takie odczucia. Zaraz potem jednak akcja rozpędza się na powrót, a zakończenie wgniata nas w fotel. I tak musi być. Inaczej nie byłby to Grisham.
Nie byłby także sobą, gdyby zabrakło kilku innych rzeczy. Przede wszystkim, mamy w książce wiernie oddane realia prawne – niuanse, które opisane są w sposób przystępny i ciekawy. Nigdy nie zdarzyło mi się, bym nudził się przy jakichś prawniczych elaboratach na kartach książek Grishama. W tym przypadku też nie musicie się o to obawiać. O poprawność polskiej wersji od strony prawnej zadbał jak zwykle prof. Tadeusz Tomaszewski, jeden z prorektorów na Uniwersytecie Warszawskim i specjalista m.in. w sferze kryminalistyki.

 

Prócz tego, Grisham zadbał o to, by pokazać nam ponownie atmosferę południa USA – i zrobił to w sposób niezwykle sugestywny, przemawiający do naszej wyobraźni. Zostajemy wciągnięci w opowiadaną historię, dopiero po fakcie orientując się, że machinalnie rozważany sprawy związane z południowym konserwatyzmem, czy rasizmem. Niech to Was jednak nie zmyli – ta książka to nie wyciskacz siódmych potów intelektualnych. To przede wszystkim solidna, prawnicza rozrywka. A John Grisham dzięki niej zaliczył udany powrót do korzeni.

 
JJ

Author: Booknews

Ciekawe? Podziel się!